Aniołek
 
Mówiąc o sobie w oczywisty sposób będę subiektywna – czyli mogę przestawić Wam tylko samoopis, ale przecież dla każdego człowieka podstawowym punktem odniesienia pozostaje on sam. Zmiany, jakie u siebie dostrzegam, a które przypisuję praktyce uważności, są następujące:
Nie paraliżuje mnie, jak kiedyś. Przez to podejmuję się zadań, których wcześniej bym pewnie unikała (wystąpienia publiczne, prowadzenie zajęć, publikowanie tekstów w internecie…).
Zauważam u siebie np. narastającą złość lub lęk. Dzięki temu udaje mi się niekiedy reagować niezależnie od tych uczuć (zamiast zachowywać się automatycznie).
Oczywiście dalej doświadczam bardzo silnych emocji, lecz potrafię je osłabić, spotykając się z nimi świadomie.

 

Bywają dla mnie nawet swoistym laboratorium: przecież z tym pracuję, z dyskomfortem i trudnościami. Więc jeśli w codziennej sytuacji doświadczam stresu, złości, irytacji, gniewu, wstrętu – mogę te uczucia obserwować, jakby to był mój osobisty eksperyment. Często – nie zawsze – wtedy słabną.
Zabrzmi to może jak cud, lecz jest dla mnie czymś realnym, co zyskałam dzięki praktyce medytacji. Może jestem po prostu bardziej uważna na przejawy życzliwości? Nie wiem, ale realnie odczuwam teraz, że świat przeważnie jest dla mnie dobry.
Oczywiście dalej zdarza mi się przeziębić, dopadają mnie też alergie. Jednak zwłaszcza w przypadku pierwszych symptomów choroby udaje mi się czasem zażegnać dalszy rozwój infekcji. Uważność jest też dla mnie bardzo użyteczna w leczeniu bólu głowy, bez środków przeciwbólowych. Pomaga mi w chorobie lokomocyjnej.

 

Przykładowo, spieszę się na spotkanie i grzęznę w korku ulicznym. W pierwszej chwili reaguję zwyczajowo, frustracją. Ale zaraz potem przestaje mi to doskwierać. To, że jest korek, nie zależy od mnie. Ode mnie zależy, jak się zachowam w korku. Obwinianie się, że wyszłam za późno też w danej chwili nie ma żadnego sensu. Nie mogę przewidzieć wszystkiego. Nie jestem wszechmocna i nie ponoszę za wszystko odpowiedzialności. Wiedza o tym bardzo odciąża.

 

Kolejki, stanie nad czajnikiem z gotującą się wodą, oczekiwanie na zmianę świateł drogowych. Wszystkie takie przymusowe pauzy, kiedyś frustrujące i nieważne, teraz stanowią ważną, lubianą część mojego życia.
Sprzątanie, obieranie jarzyn, mycie talerzy – nie odnajduję się w wielu zajęciach domowych, a mam rodzinę, dzieci, więc nie mogę się od niektórych czynności wymigać. Teraz, przynajmniej czasami, korzystam z nich jak z ćwiczeń uważności.
Akurat w tej dziedzinie czeka mnie jeszcze sporo pracy, choć i tu dostrzegam drobne, pozytywne zmiany. Mam w sobie bardzo surowego wewnętrznego krytyka gotowego wypominać mi wszystko, co się nie udało, albo podpowiadać, że można było jednak coś zrobić inaczej i lepiej.
Mam skłonność do zapracowywania się, bez dania sobie prawa do odpoczynku. Teraz częściej zdarza mi się, że powiem sobie: „Stop, jesteś nie mniej ważna niż to zadanie i teraz potrzebujesz snu”. Albo: „Teraz powinnaś coś zjeść”. „Nie musisz tak szybko iść, jesteś zmęczona, możesz zwolnić kroku”. Częściej zauważam swoje potrzeby.

 

[To również wiąże się z zaspokajaniem potrzeb, jednak uważam tę sprawę za na tyle ważną, że poświęcę jej osobny punkt]. Jestem osobą, która ma wiele zainteresowań i pasji, i do niedawna pozytywne emocje dotyczyły u mnie głównie osiągania różnych celów. Uważność pozwoliła mi się zatrzymać i docenić ten czas w zatrzymaniu. Łatwiej mi teraz usiąść wspólnie z dziećmi, po prostu z nimi być (niekoniecznie robić coś wystrzałowego). Doceniam drobne przerwy w ciągu dnia: picie kawy albo spacer. Stawiam je na równi z innymi z pozoru tylko ważniejszymi zadaniami.
Bo w moim życiu nie wszystko układa się jak bym chciała. Podejmuję czasem złe decyzje, źle wybieram, ponoszę mniejsze i większe klęski. I wtedy nie mówię już sobie: „To nic. Nic się nie stało”. Stało się i mam prawo być smutna. Mam też prawo i nawet obowiązek być wtedy dla siebie dobra. Jestem dorosłą osobą, która dopiero od niedawna uczy się o siebie dbać, wewnętrznie.
Przy tym nie jestem żadnym mistrzem zen, często się denerwuję, tracę dystans, czasem krzyczę na dzieci pod koniec dnia, gdy jestem zmęczona, wciąż ulegam różnym starym nawykom. Daleko mi do ideału, który kiedyś chciałam spełnić. Ale ten ideał od samego początku był mrzonką. Bo tak naprawdę idealni już jesteśmy – i Wy, i ja. Naprawdę. Ze wszystkimi ułomnościami jesteśmy doskonali, skończeni, a nasze życie jest cudem. Jon Kabat-Zin nawet ludziom ciężko chorym mówił, że póki oddychają, to więcej jest w nich w porządku, niż nie w porządku. I na tym na razie zakończę.

 

Może Cię zainteresuje: Inspirujące książki, z których wiele się nauczyłam