Definicji jest wiele. Mindfulness Association, organizacja szkoląca nauczycieli uważności, przedstawia uważność jako „świadomość tego, co się dzieje wtedy, kiedy to się dzieje, bez preferencji”. Twórca najbardziej znanych w tej chwili ośmiotygodniowych kursów MBSR (redukcji stresu w oparciu o uważność) Jon Kabat-Zinn woli mówić o „umyślnym kierowaniu uwagą w danej chwili, które pozbawione jest krytyki”.
       Potocznie mówimy „bycie tu i teraz”.
       Ale co to właściwie wszystko oznacza i dlaczego miałoby mieć potencjał uzdrawiania?
       Opiszę Wam uważność ze swojej własnej perspektywy, z zastrzeżeniem, żebyście się nie przywiązywali do żadnej definicji. Najlepiej, gdybyście za jakiś czas sami dla siebie zdefiniowali uważność, tak jak to czujecie. Żebyście nawet sami ją nazwali. Bo słowo „uważność”, czy „mindfulness” też nie musi być dla Was najlepszym wyborem. Na przykład wietnamski nauczyciel Thich Nhat Hanh mówi o „ciszy”.
       A teraz czym uważność jest dla mnie.
       Niewątpliwie w pierwszej kolejności byłaby to sztuka uspokajania umysłu poprzez skupienie uwagi. To też tak bardzo mnie w uważności pociągało. Przez długie lata zmagałam się z gonitwą myśli, ze zmartwieniami, z analizowaniem przeszłych wpadek i przewidywaniem przyszłych zagrożeń.
       Uważność od tego uwalnia, początkowo tylko na krótkie chwile, lecz wnoszą one do życia dużą poprawę jego jakości.
       Jednak skupienie uwagi byłoby pierwszym etapem umożliwiającym etap drugi, którym jest pełne akceptacji obserwowanie tego, co jest w danej chwili moim doświadczeniem.
       Dopiero gdy umysł jest spokojniejszy, nie ucieka w przeszłość, ani nie wybiega w przyszłość, mogę zauważyć to, co mi się przydarza. Najpierw w ciele: rozpoznaję napięcia, bolesności, a może odrętwienie albo senność. Od ciała łatwo przejść do emocji – najczęściej to przecież emocje odpowiadają za spięcia czy bolesność. W stanie spokojnego umysłu mogę badać uczucia, jakich doświadczam, albo chociaż ogólny nastrój: czy jestem raczej radosna, podekscytowania, a może melancholijna. W stanie skupienia uwagi mogę zauważyć i nazwać myśli: na przykład skłonność do powracania myślami do jakiegoś zdarzenia (wspomnienie). Albo gotowość do zadręczania się tym, co będzie (zmartwienia, straszenie się).
       Tylko tyle. Albo aż tyle
       A teraz, krótko, dlaczego warto to wszystko zauważać? Po co nam wiedza o tym, co nam doskwiera, gdzie odpływają myśli i jakie uczucie w danej chwili jest dominujące?
       Otóż jest to podstawowa sprawa i z pewnością wiedzą o tym wszyscy, którzy uczestniczyli w psychoterapii. Psychoterapia, w zależności od przyjętej metody, byłaby pracą z emocjami, czy przekonaniami (myśli), z zachowaniami, wynikłymi z doświadczanych emocji, myśli czy doznań w ciele, na zamianie tego, co automatyczne – reakcji – na świadome, bardziej adekwatne w danej chwili działanie.
       Żeby nie reagować automatycznie, musimy być w kontakcie ze sobą. Musimy wiedzieć, co się dzieje. To niezbędny punkt wyjścia do zmiany. Czasem wystarczy coś zauważyć, uznać, że jest w nas, by przestało nam doskwierać. Tymczasem „to, czemu się opierasz, napiera”, jak pisał Carl Gustav Jung.
       Uważność odkrywa przed nami nasz wewnętrzny świat, ale także otwiera nas na to, co na zewnątrz. Na piękno i wartościowość świata, na ludzi, którzy są wokół nas, a których czasem krzywdzimy automatycznymi zachowaniami.

 

Czytaj dalej: Co nam daje uważność?